Site menu:

          Opowiadanie „Impresja” Barbary Gałczyńskiej zabiera nas w podróż poprzez czas i przestrzeń, śladami losów pewnego obrazu i jego twórcy. Przemyślana konstrukcja utworu, zaskakujaca pointa i operowanie luźnymi obrazami stwarza wrażenie impresji literackiej, w której detale i fragmenty składają się w malowniczą i poruszającą wyobraźnię całość. Koloryt i atmosferę franuskiej prowincji nakreśla pisarka kilkoma sugestywnymi i umiejętnie uchwyconymi detalami, słowami i gestami, pozostawiając przestrzeń dla czytelnika. Za pomocą opisów i obrazów miejsc czy zjawisk aury francuskiego wybrzeża poznajemy stan ducha narratora, wolnego ducha, malarza, artysty – a może niebieskiego ptaka? Autorka unika nadmiernego psychologizowania, zamiast tego serwując nam ucztę złożoną z obrazów, kolorów, dźwięków, jednocześnie odzierając legendę artysty z jej wzniosłości i nadając jej rys prawdziwości, zanurzając w prawdziwym, soczystym życiu. Obcowanie z literaturą Basi to przyjemność intelektualnej zagadki w formie wysmakowanej i estetycznie poruszającej materii malowanej słowem.

Małgorzata Grzęda

Impresja


          Pociąg bezwolnie wtaczał się na małą stacyjkę ukrytą wśród zielonych wzgórz Normandii, z których roztaczała się malownicza przestrzeń zatoki Pointe de La Rogue rozświetlona wczesnym, słonecznym świtem.
Gwar wokół małego dworcowego budynku z czerwonej cegły, uświadomił mi, że to miejsce na ziemi tętni życiem i musi być czymś, co pozwoli nędznemu malarzynie, wznieść się ku wyżynom twórczych możliwości i dać siebie światu... za franki rzecz jasna.
          Z poszarpanej kieszeni wyciągnąłem kartkę z adresem małego hoteliku przy Rue Varnier. Dostałem go od Paula, który właściwym sobie, soczystym językiem opisał mi ten zakamarek Honfleur. Wąskimi, kamiennymi uliczkami dotarłem do niewielkiej, białej kamienicy wciśniętej pomiędzy podobne jej domy z pruskim murem i zielonymi okiennicami. Od frontu ozdobą całości były rzędy niebieskich i różowych hortensji okolonych płotkiem w kolorze okiennic. Na parterze jakiś przygarbiony staruszek krzątał sie za kontuarem, na którym leżały gazety, sterta książek i niedopalona fajka z rozsypanym tytoniem. By mnie usłyszał, musiałem krzyczeć, że potrzebuję pokoju na kilka dni. Uśmiechnął się dobrotliwie, spojrzał zza drucianych okularów i trzymając duży klucz w kościstych dłoniach zaprowadził mnie po skrzypiących schodach na pięterko hoteliku. Pokój był niewielki, no, ale za dwa franki nie mogłem spodziewać się apartamentu przy nabrzeżu Saint Laurent. Proste metalowe łóżko, mały odrapany stolik, stary fotel i skrzypiąca szafa z pęknietym lustrem, miska i dzban z wodą były tym, co stanowiło pewien luksus dla takiego, jak ja, obieżyświata. Okno wychodziło na małe podwórze, skąd dochodziła woń mydła, gotowanych krabów i brokułów. Paskudna mieszanka aromatów.
          Padłem na łóżko jak kłoda. Długa podróż nocą z Libourne w Prowansji znużyła mnie do tego stopnia, że nie przeszkadzał mi hałas z pralni w oficynie. Długi sen wyświetlił mi słoneczną Prowansję, gdzie pośród uprawnych pól w żyznych dolinach, całe połacie przestrzeni mieniły się fioletami lawendy. Jej zapach upajał wszystkie zmysły, ale w nadmiarze przyprawiał o migrenę i mdłości. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten cholerny mistral. Kiedy szedł jak burza porywisty, suchy, chłodny, wydawał przeraźliwy świst i skowyt. Tańczyły drzewa, a trzaskające dzień i noc okennice małych domów złowieszczo sygnalizowały, że to czas nie tylko dla wisielców, ale i wszystkich tych, którzy pośród barw dostrzegali jedynie ponurą czerń. Najlepiej byłoby ukryć się w jakiejś jaskini, by nie słyszeć tych złowieszczych jęków wiatru i wreszcie zebrać myśli. Przesuwały się, jak na filmie, kolejne mniej lub bardziej udane płótna, na których zostawiłem resztę farb i cząstkę siebie...
          Nie wiem, ile mineło godzin, bo kiedy się ocknąłem, było już ciemno. Z trudem znalazłem lampę, by jej mizernym blaskiem oświetlić nieco mój tymczasowy przybytek. ...Vivienne...Vivienne.. uporczywie wracała myśl o mojej rudowłosej muzie. Tyle wspomnień przemknęło z tamtych dni. Dawne małe atelier, do którego wpadało soczyste światło dnia było miejscem, o którym można powiedzieć, że była to szczęśliwa wyspa. Vivienne została moją modelką, a jej rysy i wyjątkowe kształty uwieczniłem po stokroć w kilku kreskach na skrawkach papieru i większych arkuszach chyba jedynie po to, by je później upłynnić za bezcen pod Sacre Ceur w Paryżu. Dwa lata idylli zakończyły się, kiedy Vivienne oznajmiła, że spodziewa się dziecka. Tamtego wieczora upiłem się do nieprzytomności z powodu mieszanych uczuć, drugiego dnia szwędałem się jak wariat po okolicznych łąkach, trzeciego zaś, wyjechałem na wschód , gdzie czekała na mnie oferta w opactwie Saint Denis.
          Malowanie fresków na sklepieniu nie było aż tak wielkim wyzwaniem, a i franki przyćmiły mój dotychczasowy lęk wysokości. Rosła jedynie sterta listów zwrotnych, które wysyłałem raz w tygodniu do mojej muzy. Na próżno oczekiwałem odpowiedzi, bo w końcu, to ja byłem dezerterem. Za namową Maurica- mojego kompana po pędzlu- wyruszyłem po roku żmudnych malowideł do wielkiego Paryża, ale pobyt w kliku nocnych lokalach, biesiady do rana u Bataliera przy Rue Laval, dysputy o racjach w sztuce i tendencjach, uświadomiły mi, że wdrapuję się na wysoką, kruchą drabinę oraz to, że raczej nie uda mi się wejść na salony stolicy, mimo kilku protektorów. Przy pomocy Maurica przehandlowałem na Montmartre szkice i kilkanaście olejnych płócien znad Sekwany, by jednak powrócić do Normandii.
Otrząsnąłem się ze wspomnień i ogarnąwszy się nieco, wyruszyłem w dół wąskimi uliczkami blisko nabrzeża, by wstąpić do "Legrasse". To urocza, mała knajpka, którą znałem z minionych lat. Wnętrze to samo. Zmieniło się kilka panienek i barman. Wypytywałem wszystkich o Vivienne, podobno wyszła za mąż za jakiegoś aptekarza z oddalonego miasteczka i tam urodziła dziecko. Cholera!. Niech to szlag! Moje dziecko u jakiegoś pigularza! A czego oczekujesz stary idioto? Siebie nie możesz wykarmić, a cóż dopiero dziecko!
          Ponure myśli i wewnętrzna złość zawiodły mnie na bulwar, gdzie przesiedziałem skulony z zimna do brzasku, bezwiednie wsłuchując się w plusk fal i głosy rybaków przygotowujących swoje kutry do połowu.
          Kolejne dni upływały mi na szkicach, którym oddawałem się bez reszty. W niedalekim Ertretat wchodziłem na wysokie skaliste wzgórze z górującym nad całą okolicą miniaturowym, białym kościółkiem. Połyskująca dal oceanu głęboko i bezlitośnie nasilała we mnie poczucie winy, wolności i przemożną chęć tworzenia. Kiedy wieczorami zjawiałem się niczym cień w hotelu, w lustrze dostrzegałem czarną, rozczochraną czuprynę, zmęczone, nijakie oczy i jak nigdy dotąd- ostrą, kościstą twarz. W południe sprzedałem przy bulwarze za kilkanaście franków wszystkie szkice z rybakami, Słoniową Skałą, plażą i oceanem, by napełnić prozaiczny worek, jakim jest mój pusty od dawna żołądek i zakupić jakiś trunek.
Noc była bardzo długa, a wizje mojego tworzenia mieszały się z dręczącymi pytaniami. Byłem goły, tak bezwarunkowo goły. Czym zapłacę za hotel ?
W pokoju, wśród licznych niedopałków i pustej butelki po calvadosie, na niezasłane łóżko rzuciłem mój obraz, który wyraźnie odcinał się od burego otoczenia. Żywe, żółte plamy, oranże, biel i czerwienie- cały ten kwiatowy ogród pachniał. Wymknąłem się z hotelu cicho, jak złodziej, by do rana przeczekać w ukryciu na małej stacyjce w Honfleur. W dłoni ściskałem zrolowane płótno z zatoką i wapiennymi wzgórzami, które tak wiele mi obiecywały. Z poplamionego surduta wyjąłem ostanich kilka marnych franków, by kupić bilet do Paryża, który kiedyś tak boleśnie mnie odtrącił. Może tam? Może właśnie tam?
          Minęło ponad 100 lat....
          Wejście do Muzeum Orsay zajęło Susanne i Georgowi sporo czasu, bo kolejka chętnych była spora, a upał doskwierał bardzo mocno. Gorace lato mogłoby zdusić w nich pragnienie spotkania ze sztuką, ale oboje nade wszystko uwielbiali impresjonistów. Zetknęli się z tą epoką nie raz podczas studiów w College of Arts na Manhatanie. Takiej okazji nie mógł Georg odpuścić, bo w końcu nie tylko po to przyleciał z Nowego Yorku, by odwiedzić rodzinę w Honfleur. Tam uda się później. Powoli przesuwali się w rzędzie licznie zwiedzających, delektując się formą, przestrzenią, barwą dzieł Moneta, Renoira i innych, gdy nagle- uwagę Georga przykuł szczególny obraz "Ogród". Ma go w pamięci, tak dobrze ukrywanej, wypełnionej przekazem ojca i dziadka. Stał bez ruchu dłuższy czas. Susanne spojrzała w katalog wystawy, z którego wynikało, że obraz ów, został odkupiony od prywatnego kolekcjonera do Orsay za dwa miliony franków. Ten sam, który jego pradziad znalazł kiedyś rankiem w jednym z hotelowych pokoi i sprzedał jakiemuś paniczykowi z Nicei za jedyne trzydzieści.
          Z tamtego świata pozostał tylko mały hotelik nad zatoką i płótno z żywą kolorystyką kwiatów w ogrodzie, jako testament dość odległej epoki o sensie tworzenia dla świata i tworzenia ponad wszystko.